Obserwatorzy

Translate

L'Oréal Stylista - produkty do stylizacji włosów



Już jakiś czas temu w drogeriach w Holandii pojawiły się produkty do stylizacji włosów L'Oreal Stylista. Przyznam, że chodziłam wokoło nich jakiś czas i w końcu skorzystałam z promocji -50% i przygarnęłam cztery produkty z tej serii:


Produktem, którego używam najczęściej jest Sleek Serum z ekstraktem z jagód acai. Używam go do codziennego zabezpieczania końcówek. Serum to jest przeznaczone dla osób, które lubią mieć proste włosy w konsekwencji czego często je prostują - chroni ono nasze włosy przed temperaturą do 230 stopni. Ja prostownicy nie używam, jednak chwalę sobie zabezpieczające właściwości serum. Po jego użyciu włosy są gładkie, nie puszą się, są sypkie i rzeczywiście są proste. Serum nie zawiera silikonów.

| W Polsce serum kupisz tutaj - 17,65 zł | W Holandii dostępne tutaj - 7,99 euro |


Mleczko do warkoczy nadaje włosom fajnej tekstury, która pomoże nam w zaplataniu. Wspomaga ono też trwałość naszego warkocza. Pachnie przepięknie i rzeczywiście, warkocze czy kucyki utrzymują się dużo dłużej. Wzbogacone jest olejem kokosowym.


  
Blow dry cream to produkt, który podbił moje serce. Nadaje on super objętości i chroni przed ciepłem suszarki. Niesamowicie wyglądają włosy wyciągnięte na okrągłej szczotce po użyciu tego produktu - uzyskujemy wówczas tzw hollywodzkie fale. Wzbogacony jest olejem z pestek winogron, ma przemiłą kremową konsystencję.

| Krem dostępny jest tutaj - 17,64 zł | w Holandii kupisz go tutaj |


Najrzadziej (nie oznacza to, że jest to najgorszy produkt) sięgam po Curl Tonic, kupiłam go z myślą o dniach, kiedy lubię mieć pokręcone włosy. Rozpylam go na świeżo umyte włosy po czym zaplatam warkocz lub podpinam fale małymi spinkami i czekam do ich wyschnięcia. Kosmetyk ten definiuje skręt i trzyma go w ryzach przez dłuższy czas. Nie zawiera alkoholu. Jestem ciekawa jak sprawdziłby się u osoby z naturalnymi lokami.

| w Polsce dostępne tutaj - 17,65 zł | w Holandii kupisz między innymi tutaj - 7,99 euro |

Ja posiadam jedynie cztery produkty z tej serii,w sprzedaży dostępne są jeszcze:

|  W Holandii produkty dostępne są między innymi w drogerii Kruidvat (klik) | w Polsce znajdziesz je tutaj |


Podsumowując, uważam, że linia L'Oreal STYLISTA jest warta uwagi. Produkty są ciekawe wizualnie, mają spore pojemności, dobrą cenę i stylizowanie nimi włosów jest dla mnie przyjemnością.


Szczotka do włosów Abody

Witam po krótkiej przerwie w blogowaniu. O szczotce do włosów Abody dowiedziałam się z facebookowej grupy dla włosomaniaków Włosing. Chociaż mam już swoją ulubioną szczotkę Olivia Garden (recenzja tutaj), to nie odmówię sobie testowania nowości.


Szczotkę do włosów ABODY, która to została ochrzczona zamiennikiem dobrze znanej Finger Brush, zamówiłam na Aliexpress, przesyłka znalazła się u mnie w ciągu równych trzech tygodni. Cena szczotki to 2,78 euro (wysyłka była darmowa). Szczotka dotarła do mnie w plastikowym worku i w foliowej kopercie. Korzystałam z tej aukcji.


Zacznę od oceny jakości szczotki. Szczotka jest bardzo dobrze i solidnie wykonana, żadne jej elementy nie śmierdzą ani nie rozwalają się. Jest bardzo lekka dzięki poprzecznym wycięciom na "powierzchni czeszącej". Ma solidną rączkę, która nie wyślizguje się z dłoni i bardzo dobrze w niej leży. Igły szczotki są cienkie i gęsto rozmieszczone, jest to mieszanka plastiku i włosia dzika. Od razu zaznaczę, że nie dam sobie ręki uciąć czy jest to prawdziwe włosie, jednak zachowuje się ono tak samo jak włosie w mojej ulubionej szczotce Olivia Garden ION+ Supreme, gdzie mam pewność, że włosie to jest jak najbardziej prawdziwe. Na tej właśnie podstawie zakładam, że włosie w ABODY jest, lub ma domieszkę najprawdziwszego włosia z dzika :)


Szczotka ABODY bardzo dobrze rozczesuje włosy, w zimie miałam problemy z "kołtunami" w okolicy kaptura i świetnie sobie z nimi radziła. Daje sobie radę z mokrymi włosami, czasami też "wczesuje" nią odżywki. Czesze ona włosy bardzo gładko, sunie po nich i ich nie wyrywa. Fajnie sprawdza się również podczas suszenia, włosy są wówczas miło wygładzone (za czesto tego nie robię, bo nie mam zaufania do plastiku i gorącego powietrza w duecie). Nie zauważyłam elektryzowania się włosów po jej użyciu.

ABODY to bardzo przyzwoita szczotka za niewielkie pieniądze. Nie wygryzła ona Olivii Garden ION+ Supreme z roli mojego ulubieńca wszechczasów, jednak jest naprawdę dobra i warta uwagi.
Kosztuje niewielkie pieniądze, więc warto się nią zainteresować.

Wspomniane wyżej produkty kupisz tutaj:

Ulubieńcy 2017 - kolorówka

 W końcu zebrałam się aby spisać, co sprawdziło się u mnie w roku 2017. Bardzo lubię czytać takie wpisy, ponieważ zawszę coś podpatrzę i poznam różne opinie na temat wielu kosmetyków. Zapraszam do dalszego czytania, jeżeli jesteście zaciekawieni co znalazło się w moich ulubieńcach.



Jako bazy używałam lotion matujący od Oriflame. Kosmetyk szybko się wchłania oraz długotrwale matuje. Jego recenzję możecie przeczytać tutaj. W ubiegłym roku moim ulubionym fluidem był FIT ME Matte+Poreless od Maybelline. Świetnie współpracował z bazą, ale również solo, utrzymywał mat na długi czas, zwężał widocznie pory. Na twarzy wygląda bardzo naturalnie, jest lekki w konsystencji. Nie zdarzyło się żeby mnie zapchał. Podkładu używałam na zmianę z kremem BB od Nivea. Krem BB 6w1 Nivea jest typowym, drogeryjnym kremem BB. Jeżeli oczekujecie cudów to zawód będzie ogromny, ponieważ jest to po prostu krem z kolorem, który na szybko wyrówna koloryt cery. Ja go bardzo polubiłam, u mnie nadaje on efekt jakiego oczekuję od tego typu produktu. Dodatkowo fajnie nawilża, a jego zapach przypomina klasyczny krem Nivea. Może nie jest to produkt wybitny, ale u mnie sprawdza się na co dzień.



Kamuflaże - Catrice oraz Essence. Z początku używałam tylko kamuflażu od Catrice w odcieniu 05 Light Ivory, bardzo podoba mi się efekt jaki tworzy, wiele z was już go zna i wie, że można na nim polegać. W połowie roku zauważyłam, że Essence również posiada kamuflaż w swojej ofercie. Jest on nieco lżejszy niż kamuflaż Catrice. Najjaśniejszy odcień w palecie wpada w różowe tony, podczas gdy najjaśniejszy w ofercie Catrice jest bardziej żółtawy. Obydwa są bardzo trwałe i radzą sobie z mocnymi zasinieniami, czy niedoskonałościami.

L'Oreal Paris - maseczki + żel do twarzy - Czysta Glinka


Maseczki do twarzy "Czysta Glinka" od L'Oreal pojawiły się na rynku już jakiś czas temu. Gustowne, ciężkie szklane słoiczki od razu przyciągnęły moją uwagę. Zainteresowała mnie również idea tzw "multimasking" czyli nakładania różnych maseczek na poszczególne partie twarzy w zależności od ich potrzeb. Na ten moment na holenderskim rynku dostępne są cztery warianty maseczek, które posiadam oraz dwa (lub trzy w zależności od drogerii) żele oczyszczające.

Każda maseczka zawiera trzy glinki:
  •  kaolin - właściwości absorbujące nadmiar sebum,
  •  montmorylonite - właściwości redukujące niedoskonałości,
  •  ghassoul - właściwości między innymi rozjaśniające skórę



Moja ulubiona, z dodatkiem węgla. Skóra po niej jest super oczyszczona, pory zwężone, skóra zyskuje promienność. Po jej nałożeniu czuję mrowienie, czasem szczypanie. Ma bardzo przyjemny, powiedziałabym nieco męski zapach, który niestety szybko się ulatnia. Wyciąga większość niedoskonałości. Redukuje wydzielanie sebum. Trochę opornie się zmywa, może brudzić. Zasycha bardzo szybko.  Minusem dla niektórych może być to, że bezpośrednio po jej użyciu twarz jest bardzo "ściągnięta".


Wzbogacona o ekstrakt z czerwonych alg. Zawiera przyjemne drobinki, w konsekwencji czego bardzo fajnie peelinguje. W przeciwieństwie do maseczki powyżej, ta nie zasycha do tzw skorupy ale cały czas jest jakby "plastyczna". Skóra po jej użyciu jest tak jak obiecuje producent wygładzona. Ja używam jej właśnie w roli peelingu, po czym pozostawiam ją na kilka minut.

Zawiera ekstrakt z eukaliptusa. Super wycisza podrażnienia i wypryski. Podobnie jak wersja z węglem zasycha baaardzo szybko na skorupę więc polecam zaopatrzyć się w wodę termalną aby spryskiwać twarz. Rzeczywiście, skóra po jej użyciu jest zmatowiona, wydziela się mniej sebum i ten efekt trwa w moim odczuciu  około 1 do 1,5 dnia, więc całkiem dobrze. Jako osoba, która ma problem z nadmiernym wydzielaniem sebum, szybko zauważam kiedy coś w tym kierunku działa i rzeczywiście ta maseczka ma takie zdolności. Skóra po jej nałożeniu lekko szczypie. Maseczka nie przesusza twarzy. Niestety, nie ma zapachu eukaliptusa, ale pachnie bardzo świeżo. Zmywa się przyjemnie i łatwo.


Z ekstraktem z alg morskich. Ma ciekawy, niebieski kolor. W przeciwieństwie do masek opisanych powyżej, ta ma według mnie cięższą, nieco kremową konsystencję. Nie wysycha szybko, zasycha ale nie do końca, cały czas jest jakby "mokra".  Rzeczywiście błyskawicznie zwęża pory, gdy mam ją na twarzy, to w miejscach gdzie mam problem z rozszerzonymi porami - czyli na policzkach - czuję dosyć intensywne mrowienie, ale nie jest to nieprzyjemne uczucie. Podobnie jak maska eukaliptusowa bardzo fajnie wycisza wypryski. Jeżeli chodzi o redukcję zaskórników to widzę efekt głównie w okolicach brody.




Przypomina rozwodnioną maskę eukaliptusową, pachnie tak samo. Ma kremową konsystencję. Podczas kontaktu z wodą nie za bardzo się pieni. Radzi sobie ze zmyciem lekkiego dziennego makijażu. Nie rozprawi się z maskarą, więc polecam wspomóc się dodatkowo ulubionym płynem micelarnym. Świetnie oczyszcza, skóra jest odświeżona. Ma fajne, poręczne opakowanie. Jedyny mój zarzut to konsystencja produktu - która jest bardzo luźna - sprawia, że produkt jest niewydajny. Mimo jego niewydajności chętnie spróbuję pozostałych żeli z tej serii.



Jeżeli chodzi o wydajność maseczek, na ich opakowaniach producent podaje, że wystaczą one na dziesięć użyć. Według mnie wystarczają one na dużo dłużej, do skutecznego ich działania nie potrzebujemy wcale grubej warstwy. Jeżeli nakładamy je pędzelkiem dedykowanym właśnie dla maseczek, ilość którą wówczas nakładamy jest naprawdę wystarczająca.

Myślę, że w Polsce są dostępne w każdej większej drogerii.  Za pojemność 50ml zapłacimy od 25 do 40 zł w zależności od promocji i sklepu. Najtaniej znalazłam je tutaj od 25 zł.



Maybelline - Tattoo Brow



Bardzo spodobała mi się idea kosmetyku Tattoo Brow, to jest: nakładamy produkt na kilka godzin i przez trzy dni cieszymy się ładnie podkreślonymi brwiami bez konieczności ich malowania czy też poprawiania. Wiem, że podobny efekt mogę osiągnąć henną, jednak chciałam wypróbować czegoś nowego.

U siebie lubię ciemne brwi. Mam ciemne włosy, więc według mnie chłodne, ciemno brązowe brwi pasują mi najbardziej (takie też najbardziej mi się podobają) i takiego koloru zawsze używam podczas makijażu. Dlatego też i kolor Tattoo Brow jaki wybrałam to dark brown. Na opakowaniu widzimy efekt, jaki chciałam uzyskać.


Jak używamy Tattoo Brow? Jest to bardzo proste, na oczyszczone, przeczesane brwi nakładamy produkt. Jest on dosyć gęsty, jednak dzięki precyzyjnemu pędzelkowi super się go aplikuje. Kosmetyk nakładamy tak, aby zgadzał się z kształtem naszych brwi: staramy się nie wyjeżdżać poza kontur. Następnie kontur wypełniamy. W zależności od tego jaki efekt chcemy uzyskać, tint trzymamy na brwiach od 20 minut, nawet i przez całą noc.


Podekscytowana nałożyłam pieczołowicie Tattoo Brow na całą noc, ponieważ chciałam uzyskać maksymalnie najlepszy efekt. Skończyło się to jednak, powiedziałabym, nieco tragicznie.

Maybelline - Tattoo Brow - efekt przed i po

Zamiast głębokiego, ciemnego brązu na swoich brwiach (a raczej pod włoskami) zauważyłam CIEMNO-RUDE PLAMY. Mimo tego, że nałożyłam na brwi sporą ilość produktu, według kształtu swoich brwi, na środku po prostu nie załapało.
Na moje nieszczęście nie udało mi się zatuszować tego nieszczęsnego rezultatu najzwyklejszą kredką do brwi. Rudość przebija spod kredki. Podczas zrywania tintu, chociaż robiłam to bardzo delikatnie, zauważyłam, że niestety wyrwał on niektóre włoski. Przyznam, że byłam w lekkim szoku. Miałam wielką nadzieję, obietnica producenta na temat trwałości efektu - maksymalnie trzy dni - się spełni.

Efekt Tattoo Brow na drugi dzień, wieczorem w trakcie demakijażu (widać zwątpienie w moich oczach)

Gdy piszę ta notkę, jest już drugi (prawie trzeci) dzień po użyciu, efekt jakby nieco wyblakł, jednak nadal jest widoczny :/ Wspomagam się płynem dwufazowym oraz wodą micelarną, często przemywam brwi - jednak schodzi to baaaaardzo powoli. Kolor mocno załapał skórę. Efekt może i nie był by taki zły gdyby nie ten kompletnie nie pasujący do mnie kolor.

Szczerze nie polecam Tattoo Brow, chyba, że jesteś osobą rudowłosą i chcesz uzyskać właśnie ciemnorudy kolor na swoich brwiach.

Tattoo Brow w Holandii kosztuję w regularnej cenie 15,99 euro, więc nie jest to mało. Ja dorwałam go za połowę ceny, jednak teraz trochę szkoda mi tej kasy.  W Polsce dostaniecie Tattoo Brow tutaj od około 30 zł.


Szczotka do włosów - Olivia Garden Ceramic Ion+ Supreme


Zauważyłam, że szczotki, których do tej pory używałam nie radziły sobie z prostym rozczesaniem włosów, plątały je, łamały. Postanowiłam troszkę więcej zainwestować w szczotkę do włosów lepszej jakości i zainteresowałam się szczotkami firmy Olivia Garden. Jest to belgijska firma od lat specjalizująca się w produkcji szczotek do włosów. Po długim namyśle wybrałam model Ceramic Ion+ Supreme, w efektownie wyglądającym srebrnym kolorze.


Co według mnie wyróżnia model Ceramic Ion+ Supreme?
  • nylonowe, jonizowane kolce połączone z włosiem z dzika
  • jonizowana poduszeczka, która wygładza włosy i zapobiega ich elektryzowaniu się
  • cała forma szczotki powleczona jest powłoką ceramiczną
  • szczotka nie należy do najlżejszych, jednak bardzo dobrze leży w dłoni
  • jest naprawdę solidnie wykonana i wygląda bardzo efektownie dzięki srebrnemu kolorowi
  • wspaniale rozczesuje zarówno mokre jak i suche włosy nie łamiąc ich i nie plącząc 
  • możemy jej używać podczas suszenia i modelowania
  • dzięki jonizacji, o której już wspomniałam, włosy mają super połysk!


Podsumowując, mega się cieszę, że zdecydowałam się na zakup szczotki Olivia Garden Ceramic Ion+ Supreme. Zapłaciłam za nią nieco więcej niż za swoje poprzednie szczotki, jednak jakość jej wykonania bije wszystkie poprzednie na głowę. Czerpię przyjemność z jej użytkowania, a i moje włosy są mi wdzięczne. Myślę, że szczotka Ceramic Ion+ Supreme posłuży mi przez wiele lat.

Swoją szczotkę kupiłam tutaj, w Polsce możecie kupić ją poprzez ten portal, gdzie można porównać ceny i wybrać najkorzystniejszą.

Avon - Anew - Nutri Advance - odżywczy krem do pielęgnacji okolic oczu


Do tej pory nie przykładałam zbyt wielkiej uwagi do pielęgnacji okolic oczu. Oczywiście, używałam produktów dedykowanych dla tej okolicy, jednak brakowało mi systematyczności, ponieważ nie widziałam zbyt wielkich problemów. Gdy jednak zaczełam być coraz bardziej zmęczona, wygląd okolic oczu również nie był zbyt ciekawy. W swoich kosmetycznych "zapasach" znalazłam krem Anew, który okazał się zbawieniem.

Krem umieszczony jest w poręcznym, estetycznym, małym słoiczku. Jego konsystencja jest gęsta, jednak krem dobrze i szybko się wchłania. Zalecam jednak, aby stosować małe ilości ponieważ gdy nałożymy go zbyt dużo lubi trochę się zrolować - ten sposób polecam głównie, gdy chcemy używać go na dzień, pod makijaż.

Po jego kilkakrotnym użyciu zauważyłam, że okolice oczu są super nawilżone i elastyczne a spojrzenie staje się odświeżone i rozświetlone.
Czy wpływa na redukcję zmarszczek - nie wiem, ponieważ nie mam z nimi problemu. Skóra po systematycznym używaniu kremu jest jakby "wyprasowana", więc myślę, że poradziłby sobie z niezbyt głębokimi zmarszczkami.

Mimo, że słoiczek ma jedynie 15ml pojemności, krem jest bardzo wydajny. Cena regularna jest trochę wysoka - 45 zł, jednak często widuję go w promocjach za około 20-25 zł.

Dostępny u konsultantek i w sklepie Avon.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka